
Prezydent Lech Kaczyński odznaczył Balázsa Búsa za jego pracę na rzecz upamiętnienia ofiar Katynia.
Dziś ten wielki przyjaciel Polski od tygodni przebywa w węgierskim areszcie tymczasowym.
Nie został skazany. Utrzymuje, że jest niewinny.
Balázs Bús przez lata robił więcej niż wielu polityków, by pielęgnować przyjaźń polsko-węgierską.
Jako burmistrz Óbudy wspierał powstanie Parku Męczenników Katynia i pomnika ofiar zbrodni katyńskiej. Pomagał upamiętnić bł. ks. Jerzego Popiełuszkę, Adama Mickiewicza i wspólną historię naszych narodów. Rozwijał także współpracę swojej dzielnicy z warszawskim Bemowem.
Za działalność na rzecz pamięci o Katyniu został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.
Teraz siedzi w areszcie w związku z zarzutami dotyczącymi funduszy na kulturę.
Bús odrzuca oskarżenia. Jego obrońca kwestionuje zasadność jego dalszego aresztowania. Sprawą zainteresowali się już polscy parlamentarzyści, którzy zwrócili się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o działania i monitorowanie tego, czy respektowane są jego prawa.
Ale sprawa Balázsa Búsa jest tylko częścią znacznie większej historii.
W ciągu zaledwie kilku tygodni po zmianie władzy Węgry zaczęły przechodzić głęboką przebudowę.
Publiczne serwisy informacyjne telewizji i radia zostały zawieszone, a część dziennikarzy i kierownictwa straciła pracę.
Konserwatywne środowiska medialne znalazły się pod presją śledztw i kontroli.
Parlament zmienił konstytucję tak, aby zakończyć kadencję urzędującego prezydenta Tamása Sulyoka przed terminem.
Jednocześnie ludzie związani z poprzednią władzą trafiają pod lupę organów ścigania.
Gdy podobne zarzuty pojawiały się za rządów Viktora Orbána, Bruksela reagowała natychmiast.
Przez lata Komisja Europejska przedstawiała Węgry jako jeden z największych problemów dotyczących praworządności w całej Unii.
Zamrażano miliardy euro. W sporze migracyjnym Trybunał Sprawiedliwości UE nałożył na Węgry karę 200 milionów euro oraz dodatkowy milion euro za każdy dzień niewykonania orzeczenia.
Bruksela mówiła wtedy, że chodzi o zasady.
O praworządność.
O wolne media.
O niezależne instytucje.
Jeżeli te zasady naprawdę są uniwersalne, muszą obowiązywać także wtedy, gdy u władzy jest rząd, który Bruksela przyjęła z entuzjazmem.
Dlatego dziś pytamy:
Dlaczego to, co za Orbána wywoływało alarm w Brukseli, za Pétera Magyara spotyka się z tak zupełnie inną reakcją?
Polacy mają szczególny powód, by zadać to pytanie.
Polska i Węgry nie zawsze się zgadzały. Ale w wielu najważniejszych sporach z instytucjami UE Budapeszt stał obok Warszawy.
Kiedy Polsce grożono sankcjami w procedurze art. 7, Węgry zapowiadały, że ich nie poprą.
Kiedy Polska sprzeciwiała się przymusowej relokacji migrantów, Węgry głosowały razem z nami.
Kiedy Warszawa i Budapeszt walczyły z mechanizmem uzależniającym unijne fundusze od oceny praworządności, oba rządy wspólnie wykorzystały negocjacje budżetowe, by wywrzeć presję na Brukselę.
Dzięki temu Polska często nie była sama.
Dziś ten układ sił się zmienia.
I właśnie dlatego to, co dzieje się na Węgrzech, nie jest wyłącznie wewnętrzną sprawą naszych sąsiadów.
Jeżeli jeden z państw, które przez lata sprzeciwiały się centralizacji UE, masowej migracji i ideologicznym naciskom na rodzinę i edukację, zostanie politycznie osłabiony, łatwiej będzie izolować kolejne.
Polskę. Słowację. Każdy kraj, który odważy się powiedzieć Brukseli "nie".
Nie prosimy Komisji Europejskiej o obronę Viktora Orbána.
Nie prosimy jej również o rozstrzygnięcie, czy Balázs Bús jest winny zarzucanych mu czynów. Od tego są niezależne sądy.
Domagamy się czegoś znacznie prostszego:
jednej miary dla wszystkich.
